Mam wrażenie, że każdej doby zdradzam Cię z przedmiotami codziennego użytku. Zaczynam od spłukiwania Twojego oddechu pod prysznicem, następnie rozpaczliwy bieg na tramwaj, by uciec przed Twymi jękami. W pracy topię każdą Twoją komórkę w mocnej, czarnej kawie. Powtarzam następnie tę czynność kilkukrotnie. Zabijam Cię dość precyzyjnie, bezwzględnie oraz systematycznie. Niczym profesjonalista. Wypalam papierosami miejsca, po których mnie dotykałaś. Następnie opatruję te rany bandażami, które wyrzucam od poniedziałku do piątku, o godzinie 14:00, do worka na śmieci. Zawsze punktualnie. Kochanie, jak widzisz, tęsknię na tyle, że nie pozostaję Ci kompletnie wierny (choć jedynie Twoje oczy potrafią mnie wiernie odwzorować). Kiedyś miałem sen, w którym spotkałem idealną kobietę, zakochaliśmy się w sobie, a po przebudzeniu długo płakałem i desperacko próbowałem ponownie ją spotkać. Przez tydzień brałem nałogowo tabletki nasenne. Obudziłem się w szpitalu, zapisałem na psychoterapię. Usłyszałem: "Jest Pan chory", odpowiedziałem: "Tak, na miłość." Dziś wiem, że nawet w snach nie mógłbym wyśnić choćby jednego Twojego spojrzenia. Często myślę o śmierci. Właściwie nieustannie. Pociesza mnie jednak myśl, że pewnie już od dawnia nie jestem żywy. To przecież niemożliwe, by ktoś taki jak ja spotkał kogoś takiego jak Ty za życia doczesnego. Zatem nawet zgon nie mógł mnie ocalić od Ciebie; dziękuję.